Elektryczne auto na minuty

Zbyt drogie dla Kowalskiego, za trudne w użytkowaniu i także za drogie dla carsharingu. Czy auta elektryczne w ogóle mają rację bytu?

Pojazdy z napędem elektrycznym szukają swojego miejsca na rynku. Nie jest to jednak łatwe zadanie, bo nisza jest bardzo specyficzna. Wysokie ceny zawężają grono potencjalnych nabywców do osób lepiej sytuowanych. W teorii elektryki powinny dobrze zdawać egzamin w wypożyczalniach aut na minuty – jeżdżą one głównie na krótkich dystansach i po mieście, więc kwestie związane z zasięgiem i ładowaniem nie powinny być palące. Tak samo jak koszt zakupu – firma kupująca flotę pojazdów elektrycznych na pewno jest w stanie wynegocjować lepsze warunki niż klient indywidualny. Teoria niestety rozmija się z praktyką. I to nie tylko w Polsce, ale również na świecie!

W latach 2011-2018 w Paryżu, Lyonie i Bordeaux można było wypożyczać elektryczne samochody dostępne w ramach programu Autolib’. Projekt został zamknięty w 2018 r., mimo że miał być prowadzony przynajmniej do 2023 r. Został przekreślony z powodu bilansu ekonomicznego – zamiast zakładanych zysków generował straty. I to przy liczbie użytkowników na poziomie 100 tysięcy. A obecnie tysiące elektryków od Autolib’ ulega stopniowemu rozkładowi na opuszczonym parkingu.

Z „przygodami” przebiegał proces elektryfikacji w programie Share Now należącym do Daimlera i BMW. Obecnie elektryczne auta można wypożyczyć w Amsterdamie, Madrycie, Paryżu, Stuttgarcie i Hamburgu. W San Diego w Kalifornii wszystkie auta elektryczne zastąpiono spalinowymi – gdy program ruszał w 2011 r. spodziewano się 1000 ładowarek w mieście. Do 2016 r. powstało ich jednak tylko 400. W efekcie średnio 20% pojazdów było niedostępnych z powodu braku prądu w akumulatorze. W 2019 r. Share Now opuścił także Nowy Jork, Seattle, Waszyngton, Montreal i Vancouver – powodem była nie tylko rosnąca konkurencja, ale również niewystarczająca liczba punktów ładowania elektryków.

Redakcja poleca: Korzystasz z carsharingu? Na to musisz uważać

Bez większych sukcesów działał także krajowy carsharing Innogy go! W jego ramach wyłącznie elektryczne samochody można było wypożyczać w okresie od kwietnia 2019 do marca 2021 r. Wysokie koszty utrzymania floty BMW i3 w kombinacji ze spadkiem obrotów wywołanym przez pandemię przypieczętowały los usługi. Samochody eCar od Taurona na czas pandemii zostały oddane w ręce wolontariuszy fundacji Wolne miejsce – dostarczali oni obiady seniorom, a osobom na kwarantannie – paczki żywnościowe. Wrocławska Vozilla, mająca do dyspozycji wyłącznie auta elektryczne, działała od lutego 2017 r. do stycznia 2020 r. Projekt zamknięto z przyczyn ekonomicznych.

Carsharing auta elektrycznego
Carsharing Innogy go! oparty głównie o BMW i3 nie zdołał się długo utrzymać na rynku. Auta trafiły na rynek wtórny.

Obecnie samochody elektryczne można wypożyczyć w programach carsharingowych Traficar, 4Mobility, PKP Mobility czy Panek Carsharing. W wywiadzie z prezesem firmy Panek Paweł Janas z Samaru zapytał Macieja Panka o przyszłość elektryków we flocie firmy Panek oraz to, jak rosnące ceny prądu oraz braki w infrastrukturze wpływają na zasadność inwestowania w takie pojazdy.

– Na początku naszej działalności byłem większym entuzjastą aut elektrycznych. Kupiliśmy wtedy do naszej floty trochę takich samochodów, ale gdy zobaczyłem, jak one funkcjonują na co dzień, przestałem być zwolennikiem elektromobilności. Auta są drogie, jest problem z ich zasięgiem, z dostępnością ładowarek i czasem ładowania. Także rosnące ceny prądu sprawiają, że auta elektryczne w usłudze carsharingu nie są dziś w żadnej mierze opłacalne, bo generują duże koszty. Zapewne dlatego właśnie z rynku wycofała się firma Innogy. Ogólnie jednak jestem do nich pozytywnie nastawiony. Wierzę, że za kilka lat cała firma zmierzać będzie ku elektryfikacji. Obecnie jest na to zbyt wcześnie – stwierdził Maciej Panek w wywiadzie udzielonym IBRM Samar (cały wywiad można przeczytać tutaj)

Dacia Spring
Traficar gamę spalinowych modeli uzupełnił budżetowymi Daciami Spring.

Jak będzie wyglądała przyszłość elektrycznej motoryzacji? W najbliższych latach jej rozwój na pewno nie będzie łatwy. Z perspektywy klienta indywidualnego liczba dostępnych ładowarek wcale nie wydaje się kluczowa. Nie można zapominać, że nawet po uwzględnieniu rządowych dopłat za nowe auto elektryczne trzeba zapłacić ponad 100 tys. zł (pomijając budżetową Dacię Spring). I to wcale nie wielki i przestronny model dla rodziny, tylko typowo miejskie modele jak Renault Zoe czy Opel Corsa-E. Z drugiej strony ceny konwencjonalnych modeli poniekąd mogą wymuszać zainteresowanie elektrykami. Dość powiedzieć, że za nową Corsę w podstawowej wersji trzeba zapłacić 55 790 zł, Volkswagen Polo startuje z pułapu 77 590 zł, spalinowego Mini Coopera można kupić za 94 900 zł, natomiast elektrycznego – od 143 300 zł. Warto również dodać, że w przypadku Mini rzeczywista różnica w cenie jest mniejsza, bo wersja elektryczna jest bogato wyposażona. Rosnące zainteresowanie używanymi pojazdami z konwencjonalnym napędem oraz ich coraz wyższe ceny wywoławcze mogą dawać do zrozumienia, że jednak nie tędy droga…

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here